CZY 40 LAT TEMU W PRL PODRÓŻOWAŁO SIĘ INACZEJ?

Żyjemy w czasach, kiedy ludzie podróżują, korzystając z danych nam możliwości, posiadania różnorodnych środków lokomocji, komunikowania się. Są to wyjazdy ludzi samotnych wyprawiających się w odległe zakątki świata – to dla tych najbardziej odważnych i nieźle zakręconych. Sama kiedyś do nich należałam. Przy czym mi przyszło żyć w czasach PRL-u. Są też tacy, co wolą by im ktoś każdy wyjazd zorganizował. Stąd wyrosły jak grzyby po deszczu biura turystyczne, które prześcigają się w ofertach.


Kto nie lubi podróżować?


W dzisiejszych czasach łatwiej jest podróżować, gdyż granice są otwarte, a świat jest jedną wioską globalną, do której wszystkie drzwi stoją otworem. Muszę się przyznać, że czasami zazdroszczę ludziom młodym, że będąc w ich wieku moje pokolenie 60+ nie miało takich możliwości, a mimo to ciekawi świata, spragnieni przygód szukaliśmy różnych sposobów, by swoje marzenia podróżnicze spełniać.

Myślę, że mało jest ludzi, którzy by nie chcieli podróżować, gdybyśmy ich zapytali, ale czasami z różnych powodów nikt im nie pomógł albo ich nie potrafił zachęcić. Na pewno ważne jest, by już od lat dzieciństwa zaszczepić dzieciom ten bakcyl poznawania innych miejsc niż to, w którym żyjemy. Bywa i tak, że dzieci nie znają swojej miejscowości, jej historii, bo nikt im jej nie opowiedział.


Wakacje w PRL-u


Jestem nauczycielem o ponad 30-letnim stażu w tym zawodzie. Pracowałam z uczniami na różnym poziomie edukacji. Zaobserwowałam, że kiedyś nauczyciele organizowali wycieczki, zielone i białe szkoły. To była świetna lekcja historii, geografii, poznawania siebie nawzajem oraz integrowania uczniów. Bardzo często włączali się rodzice, a przecież nie byli wszyscy bogatsi niż obecnie, a nawet byli biedniejsi. Mimo to bardzo chętnie uczestniczyli w organizacji wszelkiego rodzaju aktywności dla swoich dzieci.

Zdj: Dzieci na kolonii letniej, 1982 r. Autor: Aleksander Jałosiński; Źródło: nowahistoria.interia.pl
Zdj: Dzieci na kolonii letniej, 1982 r. ; Autor: Aleksander Jałosiński ; Źródło: nowahistoria.interia.pl

Jeśli Państwo wrócicie do swoich wspomnień z lat szkolnych, to przyznacie, że były to super spędzone chwile, które z przyjemnością się wspomina z nutą sentymentalną. Wycieczki uczyły, wychowywały i bawiły. Dlaczego w obecnych latach tak to się zmieniło na niekorzyść? Sama się nad tym zastanawiałam, jaka jest tego przyczyną? Może mi Państwo odpowiecie?

11. dom wczasowy
Zdj: Fragment ośrodka wypoczynkowego, 1974 r. ; Autor: T. Hermańczyk ; Źródło: e-boszkowo.pl

A jak wyglądały wyjazdy w czasie wakacji? Chciałam się z Państwem podzielić moimi wspomnieniami i obserwacjami z tamtych lat dotyczących wypoczynku letniego dla dzieci i młodzieży, które fundowało nam państwo polskie w PRL-u.


Kolonie, obozy organizowane przez zakłady pracy


Jeśli przypomnę sobie wyjazdy wakacyjne, to widzę różnicę. W czasie studiów i bezpośrednio po liceum mając uprawnienia wychowawcy kolonii, wyjeżdżałam na kolonie i obozy, które organizowane były przez zakłady pracy. Jeśli miały ośrodki kolonijne albo ich nie posiadały, wypoczynek dla młodzieży i dzieci organizowano w szkole, albo w małych domkach, bądź dużych wojskowych namiotach. Wychowawca miał wydzielony pokoik za kotarą, a więc miał wgląd na swoją grupę. Rozkład dnia był z góry ustalony: gimnastyka, apel, zdanie raportów przez grupowych, porządek w sali i wyczekiwanie na śniadanie. Później były zajęcia, obiad, ustalone dyżury przez poszczególne grupy na stołówce, cisza poobiednia, podwieczorek, zajęcia, kolacja, zajęcia i cisza nocna. Obowiązywała dyscyplina i dbanie o porządek. Komisja sprawdzała pokój, porządek i przyznawała punkty, za które były nagrody. Opłacało się więc rywalizować.

11. namioty

Ważną kwestią były apele, na których Grupowi składali raport o swojej grupie kierownikowi kolonii. Na apelach sztandarowym elementem było wciągniecie flagi na maszt. Flaga była bardzo ważna, bo inna kolonia mogła ją w nocy zabrać i wtedy trzeba było ją wykupić lub odbić cichaczem. Dlatego organizowano warty i to dopiero była frajda.


Życie w zgodzie z naturą i dobra zabawa


Cicho głucho gdzieniegdzie kumkanie żab, jeśli było blisko jezioro. Warta dzielnie czuwała, pilnując by nikt nie podprowadził flagi prawie jak żołnierz na warcie w wojsku. Oczywiście było inaczej na kolonii, obozie czy na wyjeździe harcerskim, ale idea była wspólna. Warunki może nie zawsze były najwyższych standardów, ale najważniejsze było dobre jedzenie, zabawa i przygoda.

Kolonie Zachemu w Tucznie, Z Archiwum Zachemu; źródło: bydgoszcz.wyborcza.pl
Zdj: Kolonie Zachemu w Tucznie, z Archiwum Zachemu; Źródło: bydgoszcz.wyborcza.pl

Jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała. Nasze potrzeby załatwialiśmy w drewnianej latrynie. Jeśli kolonie były organizowane w szkołach albo przez zakłady pracy no to mieliśmy WC. Jak wam się to podoba? Chcielibyście tak spędzać wakacje? Kiedyś była to norma. Dzisiaj może jest moda na tzw. szkoły przetrwania, ale to nie moja bajka więc na tym poprzestanę i przejdę do dalszych wspomnień.


Zmiany po 1989 roku


W następnych latach po 1989 r. wszystko się zmieniło. Funkcję organizacji kolonii i obozów przejęły biura turystyczne, a więc już większość kolonii, czy obozów organizowano w pensjonatach. Różnie w nich bywało, bo też organizatorzy chcieli szybko się wzbogacić. Powiało zachodem, ale i młodzież była mniej zdyscyplinowana. Zmieniły się jej upodobania. Trudno było ściągnąć ją na gimnastykę, a nawet nie zawsze chciało im się schodzić na śniadanie, bo lepiej było pospać albo zamówić pizzę. Zwłaszcza że późno kładli się spać i kombinowali jak tu wykiwać wychowawcę. Niektórzy próbowali np. wyjść z pokoju do innego i takie tam podchody chłopców do dziewczyn. Najlepszą jednak frajdą były dyskoteki. Zarówno chłopcy, jak i dziewczyny prześcigały się w sposobach przechytrzenia wychowawcy np. przemycając w soczkach alkohol. Na szczęścia najczęściej czujne oko wychowawcy zarekwirowało trunki, bo jak zabawa to tylko bez procentów.

Oczywiście jak organizator uczciwie przeznaczał środki finansowe na program obozu, to zajęcia były ciekawe i wtedy czas upływał szybko i miło, a młodzież była zadowolona. Na pewno dużo zależało od relacji między kadrą a obozowiczami, bo przecież są wakacje, więc trzeba spędzić miło czas. Powinno też być przygodowo, żeby było o czym porozmawiać z kolegami i koleżankami po powrocie. To tak z podwórka uczniowskiego.


Pamiętacie jeszcze te czasy? Kto z Was nie był na kolonii albo obozie? A może ktoś był harcerzem? Zachęcam do dzielenia się w komentarzach wspomnieniami. A w wolnej chwili zapraszam do lektury tekstu o zwiedzaniu byłego NRD autostopem. Znajdziecie go tutaj.

Ewa

Ewa

Matka zakręconej córki, absolwentka politologii i słuchaczka filologii rosyjskiej, tytan pracy, kobieta o wielkim sercu i po przejściach, ulubiona nauczycielka historii od 30 lat, politolog, podróżniczka od 19 roku życia, która przejechała świat od Berlina aż pod koło podbiegunowe. Podróżowanie za żelazną kurtyną to była dla niej nie tylko przygoda, ale tez sposób na utrzymanie się i zdobycie pieniędzy na studia.
Ewa