MÓJ DIAMENTOWY PONIEDZIAŁEK, CZYLI DZIEŃ W ANTWERPII



Antwerpia to jedno z tych miast, koło których byłam przejazdem kilkanaście razy, ale nigdy nie miałam czasu odwiedzić. Kiedy więc planowałam mój weekend z koleżankami w Brukseli wiedziałam, że to moja kolejna szansa zobaczyć Antwerpię. Dlaczego właśnie teraz? Antwerpia znajduje się tylko 40 minut pociągiem od Brukseli, a ja miałam dodatkowo wolny poniedziałek, czyli wystarczająco czasu by zrobić jednodniową wycieczkę.

Na początku nie byłam przekonana, ale po tym jak zachwalał to miasto kolega z pracy stwierdziłam, że tym razem nie odpuszczę. Zgodnie z planem wzięłam poranny pociąg o godz. 10:30. Dojazd z Brukseli do Antwerpii jest wyjątkowo prosty, bo pociągi kursują praktycznie, co 15-20 minut, a bilet kosztuje 8,60 euro. Pamiętajcie tylko by wysiąść na stacji Centraal. Na wstępie chciałam podziękować Sylwii z bloga Antwerpia Jawniej, która w pigułce mi podała, co trzeba zobaczyć w Antwerpii. Ja ze swojej strony polecam jeszcze kilka miejsc.

Godzina 11. Dojeżdżam do stacji głównej Antwerp Centraal i juz po wyjściu z pociągu przezywam szok. Jak tu pięknie! Wiedziałam, że dworzec w Antwerpii jest piękny, ale to przerosło moje oczekiwania.  Zarówno oryginalna konstrukcja jak i spektakularna architektura budynku zapierają dech w piersiach. Nic dziwnego, że dworzec w Antwerpii zaliczany jest do najpiękniejszych w Europie. Zanim więc ruszycie na miasto warto poświęcić pół godziny na spacer po nim. Szczególnie uwagę zwróćcie na zegar i wiadukt. Konstrukcja dworca nie jest jednolita. Przeplata się tu ze sobą kilka stylów i widać, że jego budowa trwała na przestrzeni kilku lat.

Zanim opuścicie dworzec warto zorientować się w układzie platform oraz sprawdzić skąd będzie nasz pociąg powrotny, gdyż pociągi odjeżdżają z rożnych platform na kilkunastu poziomach. Uwaga – nazwy stacji mogą być wyświetlane zarówno po flamandzku i francusku.

Po wyjściu z dworca na rynek Waszą uwagę zwróci hotel Radisson Blu Astrid o nietypowym kształcie oraz wejście do zoo. Jest to miejsce szczególnie godne polecenia dla rodzin z dziećmi ze względu na liczne atrakcje dla najmłodszych m.in. karmienie zwierząt, pokaz lotów ptaków itd. Nie jest jednak ono tak duże i ciekawe jak Pairi Daiza w  Brukseli. Moim ulubionym miejscem był ogród z motylami. To było naprawdę niesamowite uczucie, gdy jeden z nich usiadł mi na głowie. Zoo jest zorganizowane w formie rozległego parku. Tego dnia była piękna słoneczna pogoda wiec postanowiłam się skusić na dwu godzinny spacer wśród zieleni (bilet 26 euro). Zoo zwiedza się bardzo łatwo i przyjemnie. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie kupiła sobie belgijskiego golfa. Budki z jedzeniem znajdują się na każdym kroku (około 3 euro).


Zrelaksowana i naładowana słoneczną energią postanowiłam ruszyć na miasto. Na początek chciałam odwiedzić muzeum diamentów i diamentową dzielnicę. Niestety okazało sie, że muzeum zostało zamknięte kilka lat temu. Również po samej dzielnicy zostało jedynie kilka żydowskich kamienic ze sklepami jubilerskimi. Nie robią one jednak na mnie dużego wrażenia ani nie czuję tu luksusu. Jedynie ceny biżuterii i wystawy przypominają o dawnej świetności handlowej tego miejsca.

Zmieniam więc nieco kierunek trasy i udaję się do tzw. dzielnicy China Town, która biegnie wzdłuż ulicy Vestingstraat niedaleko dworca. Wejście do niej poznamy po wielkim chińskim łuku. Również to miejsce nie robi na mnie dobrego wrażenia. Wypada ona blado przy innych znanych mi dzielnicach chińskich. Czuję rozczarowanie i zastanawiam się gdzie jest ta piękna Antwerpia o której tyle slyszałam. Po wyjściu z chińskiej dzielnicy wracam na główną ulicę De Keyserlei i deptak i ruszam w kierunku portu idąc dalej ulicą Leysstraat, która łączy się następnie z ulicą handlową Meir.

Po kilkunastu metrach odkrywam zupełnie inne oblicze miasta. Ulica Meir skradła moje serce. Znajdują się tu liczne piękne architektonicznie budynki. W większości znajdują się sklepy, ale nie szkodzi.

Na szczególną uwagę zasługuje centrum handlowe Stadfeestzaal do którego wejście stanowi charakterystyczna złota brama. To, co zobaczycie w środku zmieni wasze wyobrażenie o domu handlowym i stwierdzicie że na Galerii Wiktora Emmanuela II w Mediolanie świat się nie kończy. Warto poświęcić kilka minut na spacer i przystanąć na chwilę by podziwiać wnętrza tego domu handlowego. Na tym jednak nie koniec niespodzianek. Kilka kroków dalej znajduje się pałac Royal Palace (Paleis op de Meir) a w nim raj dla wszystkich wielbicieli belgijskiej czekolady – sklep i fabryka czekolady The Chocolate Line związana z belgijskim mistrzem Dominique Persoone. Poczujecie to już na progu. W środku można nie tylko zobaczyć różne smakołyki wykonane z czekolady, ale również podpatrzeć jak czekolada jest produkowana. Wstęp jest bezpłatny.

Pozostale wnętrza pałacu nie są dostepne dla zwiedzajacych o czym nie wiedzialam i przypadkiem weszłam do prywatnych apartamentów. Ktoś ma dużo szczęścia być właścicielem tak pięknych komnat i w dodatku tak blisko fabryki czekolady.

Kolejnym punktem na mapie powinno być dla Was muzeum Rubensa (Rubenshuis), które znajduje się w jego dawnym domu (boczna ulica w lewo od Meir). Jest to typowa kamienica z X wieku, w której zostały zebrane zbiory artysty, a on sam spędził tu pięć lat swojego życia. Sam też ją zaprojektował wzorując się na architekturze włoskiego renesansu. Jeśli nie jesteście wielbicielami malarstwa Rubensa to spokojnie możecie sobie odpuścić to miejsce.

Podążając dalej ulicą pełną sklepów czyli Meir a później Schoenmarkt dojdziecie do placu Groenplaats z pomnikiem Rubensa. Bardzo ładne miejsce. To właśnie na jego tyłach znajduje się kolejny plac – Grote Markt z  katedrą Najświętszej Marii Panny oraz renesansowym ratuszem Stadhuis Moim zdaniem tu zaczyna sie najpiękniejsza i najbardziej reprezentacyjna część Antwerpii.

Ratusz w Antwerpii to jeden z najważniejszych zabytków renesansu w Królestwie Niderlandów, który został wpisany na listę UNESCO. Aktualnie urzęduje w nim burmistrz miasta.

Natomiast katedra jest największym i najbardziej znaczącym kościołem gotyckim w Belgii. W godzinach poza mszami wejście do katedry jest płatne, ale moim zdaniem warto. Gigantyczne sklepienia żebrowe i wielkie witraże charakterystyczne dla gotyku robią wrażenie. W katedrze możecie też podziwiać wiele zabytkowych obrazów m.in. „Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny’ Rubensa (nastawa ołtarzowa), Cornelisa Shuta o tym samym tytule (ponad ołtarzem) oraz rzeźb m.in. Madonnę z Maasland oraz Matkę Bożą z Antwerpii. Godne uwagi są również obrazy flamandzkich malarzy wykonane na zlecenie gildii kupieckich i rzemieślniczych w XVI i XVII wieku.

Tuż przy katedrze zobaczymy typową flamandzką zabudowę z halowymi kamienicami. Podążając nieco dalej możemy się zagubić w labiryncie licznych wąskich uliczek (m.in. Hofstraat i zobaczyć kolejne charakterystyczne budynki m.in. najstarszy dom w Antwerpii przy ulicy Zirkstraat. Wśród nich znajduje się ukryty m.in. prześliczny kościół Św. Pawła przy ulicy Zwartzustersstraat.

Stąd już jesteśmy rzut beretem od części portowej z średniowiecznym zamkiem Hetsteen (od holenderskiego oznacza kamień) na rzeką Składą (Skalda). Jest to najstarszy budynek w Antwerpii (1200-1225). Nieco dalej znajduje się już nowoczesna zabudowa dzielnicy portowej. Antwerpia to drugie po Rotterdam największe miasto portowe w Europie.

Ta okolica przypadła mi szczególnie do gustu. Pomyślałam sobie nawet, że mogłabym tu zamieszkać w jednym z apartamentów z widokiem na rzekę. Niestety myślę, że ceny mieszkań tu są poza moim zasięgiem. Tak, Antwerpia to miasto w którym mogłabym żyć. Dzielnicę rozpoznacie po charakterystycznym budynku muzeum MAS (Museum aan de Stroom)  w formie ceglanej bryły.

Postanowilam sobie chwilę posiedziec nad rzeką i poobserwować pływające statki.  Niestety zbliżała się już godzina 17. Najwyższa pora by coś zjeść. Belgijska kuchnia słynie glównie z czekolady, gofrów i frytek. Mało kto pamięta, że specjalnością  Belgów są również mule, najlepiej w sosie winnym. Nic więc dziwnego, że właśnie mule postanowiłam zjeść na obiadokolację.

Wybór miejsc, które serwują mule w mieście jest ogromny. Ja miałam jednak ochotę zjeść na rynku Grote Markt. Wybór padł na restaurację Balto’s w której poza mulami (22,90 euro) zamówiłam jeszcze domowej produkcji mrożoną herbatę (4 euro). Myślę, że miejsce całkiem przyzwoite z rozsądnymi cenami.

Zbliżał się wieczór. Czas wracać do Brukseli. Po drodze do dworca wstąpiłam jeszcze na australijskie lody o smaku mango (żółta budka z napisem Australian Homemade Ice Cream). Niebo w gębie więc jak będziecie w Antwerpii to koniecznie się skuście. To tylko 400 metrów od dworca.

Moja krótka, ale intensywna podróż po diamentowej Antwerpii dobiegła końca. Mam nadzieję, że Wam się podobała i zachęciła Was do odwiedzenia tego miasta. Z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze. Może znacie jeszcze inne ciekawe miejsca w tym mieście. Podzielcie się z innymi w komentarzach.  



Renata
Jestem tu

Renata

absolwentka UW i University of Southern Denmark, waleczna księżniczka, alergiczka, jedynaczka walcząca od dziecka z samotnością i kompleksami, marzycielka, niepoprawna optymistka, samotna podróżniczka i organizatorka wypraw grupowych na 4 kontynentach, która kocha latać samolotem od 3 roku życia, mieszkała w Hiszpanii i Danii, aktualnie jest w Londynie
Renata
Jestem tu