KORFU CZYLI JAK ZAKOCHAĆ SIĘ W 4 DNI

Od paru lat robię sobie prezent urodzinowy w postaci krótkiego wyjazdu zagranicę. W  zeszłym roku padło na grecką wyspę Korfu. O odwiedzeniu tej części Grecji marzyłam już od dawna, ale jakoś nigdy nie było mi to po drodze. Tymczasem słyszałam wiele dobrego o tej wyspie i nie rozczarowałam się. O ile na Krecie było ładnie i miło to Korfu skradło moje serce już pierwszego dnia. Wiem, że muszę tu wrócić jeszcze raz, bo poznałam zaledwie 1/3 tego, co oferuje to piękne miejsce. Chcecie wiedzieć, czym urzekło mnie Korfu i dlaczego warto tu przylecieć nie tylko latem? Zapraszam do przeczytania tego tekstu.

Na Korfu wybrałam się z koleżanką Karoliną, którą powinniście kojarzyć z innych tekstów. Wylądowałyśmy na lotnisku Korfu w lipcowy czwartek o godzinie 22 czasu lokalnego i natychmiast udałyśmy się do stanowiska firmy Lord Travel, w której zarezerwowałyśmy shuttle bus za 15 € do miejscowości Acharavi, gdzie miałyśmy nocleg w hotelu Marie Hotel (140 € za 2 osoby na 4 noce).

Tego typu transport ma zarówno wady, jak i zalety. Z jednej strony jest to najtańsza forma dojazdu w nocy i przy odrobinie szczęścia kierowca Was podwiezie pod same drzwi. Z drugiej strony podróż nam zajęła prawie 2 godziny. Jeśli jednak nie śpieszycie się, to zdecydowanie polecam tę usługę. Prywatna taksówka na trasie lotnisko – Acharavi kosztuje 60, więc jest dosyć spora różnica. Van jest przy tym wygodny i klimatyzowany, co myślę, że jest dosyć istotne, jeśli podróżujecie z dziećmi.

Również hotel był dla nas miłym zaskoczeniem. Co prawda nie oferuje on za dużo luksusu, ale znajduje się zaledwie kilka metrów od plaży oraz głównej drogi z przystankiem autobusowym. Na gości czeka też na powitanie ręcznie pomalowana butelka greckiego wina. Śniadanie (4) jest typowo angielskie, więc jeśli macie ochotę na coś greckiego, to polecam wyjście na miasto. Zarówno przy plaży, jak i głównej drodze jest szeroki wybór restauracji.

O poranku zgodnie z planem przywitało nas słońce i zapach kwiatów z ogrodu, który otacza hotel. Żeby nie tracić zbyt dużo czasu na szukanie jedzenia, postanowiłyśmy zjeść śniadanie w hotelu. W trakcie jedzenia zagadał nas Carl z Wielkiej Brytanii, który jak się później okazało, jest pół Grekiem, a jego tata greckim milionerem. On sam zaś poza prowadzeniem firmy na pół etatu pracuje hobbistycznie, jako policjant w drogówce. Carl okazał się nie tylko świetnym źródłem informacji o wyspie, ale również naszym przyszłym towarzyszem podróży. O czym opowiem później.

Za jego rekomendacją postanowiłyśmy spędzić kilka godzin na plaży w Acharavi (ładniejsza prawa strona), a później wybrać się autobusem do oddalonej o około 15 km miejscowości, Sidari, która słynie z klifowego wybrzeża. Plaża w Acharavi moim zdaniem jest przeciętna, ale jak na Korfu dosyć szeroka i przede wszystkim piaszczysta. Zdecydowanie warto ją odwiedzić, będąc na północy Korfu.

Kiedy rok temu byłam w maju na Krecie, woda była lodowata, więc oczekiwałam, że w lipcu morze powinno być już ciepłe. Nie zawiodłam się. Woda miała idealną temperaturą na relaksującą kąpiel. Po kilku godzinach plażowania przyszedł czas na obiad. Po przejrzeniu menu okolicznych restauracji znajdujących się przy plaży postanowiłyśmy zostać w barze Florian (9th  exit Acharavi Beach), która urzekła nas przede wszystkim rybnym menu oraz przemiłą obsługą. Na lunch zjadłyśmy fish meze, czyli talerz na 2 osoby z owocami morza i kawałkami ryb oraz sałatkę grecką. Wszystko było smaczne i świeże.

Szczególnie do gustu przypadł mi ser feta. Zauważyłam, że na Korfu nigdy nie jest on krojony tylko dodawany do sałatki w formie dużego plastra. Jego smak jest delikatny i idealnie komponujący się ze świeżymi pomidorami oraz ogórkami. Bardzo charakterystyczna jest również dodawana do sałatki czerwona cebula, która jest bardzo słodka. W każdej knajpie, w której jadłyśmy, tak właśnie wyglądała sałatka grecka, więc jeżeli jesteście jej fanami, to na Korfu możecie się jej najeść na zapas.

Zbliżała się 16 więc czas zbierać się na autobus. Niestety połączenia autobusowe między miastami nie są najlepsze i autobus jeździ tylko kilka razy w ciągu dnia, więc jeśli spóźnimy się na dany autobus, to kolejny jest dopiero za kilka godzin. Autobusy jeżdżą dosyć nieregularnie, więc warto sobie zrobić zdjęcie rozkładu na przystanku lub poprosić o karteczkę z nim w autobusie. Najczęściej będziecie korzystać z tzw. Green Buses, które są stosunkowo niedrogie. Bilet Acharavi – Sidari to zaledwie 2,10 . Przy braku opóźnień podróż zajmuje około 30 minut. Autobus zatrzymuje się niedaleko drogi prowadzącej do słynnego Canal d’Amour (Kanał Miłości), czyli kanionu położonego wśród białych skał, który powstał w wyniku erozji. W kanale można najczęściej pływać. Legenda głosi, że przepłynięcie Kanału Miłości gwarantuje szczęście w miłości. Stąd jest to popularne miejsce wśród par, zwłaszcza w okolicach zachodu słońca.

Czasem, jeśli morze jest wzburzone i jest tzw. biała pieniąca się woda, jest to niewskazane. Zdarzało się wiele utonięć ze względu na uderzenie o skałę. Przy wejściu do niego znajduje się niewielka plaża, która wieczorem jest całkowicie zatopiona, więc jeśli planujecie plażowanie, to będzie to możliwie tylko na sąsiadujących klifach. Samo miejsce jest bardzo zjawiskowe, a widoki na fortyfikacje skalne warte uwiecznienia na zdjęciach.

Możecie także poobserwować śmiałków skaczących do wody. Na nasze nieszczęście byłyśmy światkiem wypadku. Młody chłopak prawdopodobnie uszkodził sobie dysk w wyniku niefortunnego skoku. Po wyjściu z wody zwijał się z bólu i nie był w stanie iść. Zaskoczyła nas reakcja jego znajomych, którzy zamiast pomóc mu się równo położyć na skałach i wezwać pogotowie zaczęli go stawiać na nogi a później zmuszać do wciągnięcia się na górę po linie. Razem z Karoliną nie wytrzymałyśmy i postanowiłyśmy się włączyć do rozmowy. W końcu po godzinie przyjechali ratownicy i wyciągnęli chłopaka na noszach. Mam tylko nadzieje, że to nie było nic poważnego. W takich sytuacjach zawsze zastawiam się, skąd w ludziach jest przekonanie, że jak komuś coś się stanie, to koniecznie trzeba go postawić do pionu. Przecież w ten sposób możemy komuś zrobić jeszcze większą krzywdę.

Sytuacja wydawała się opanowana. Poszłyśmy do znajdującej się nieopodal restauracji na lody, która oferuje bezpłatne leżaki oraz basen. Chwilę posiedziałyśmy, a następnie wzięłyśmy z głównej drogi taxi za 9€ do restauracji 7th Heaven przy plaży Logas Beach (zwanej też Sunset Beach). Można tam również dojść piechotą przez pola w około 20 minut (droga nie jest oznakowana). Było już jednak późno, a chciałyśmy zdążyć na zachód słońca.

Miejsce jest niesamowite. Plaża znajduje się u podnóża klifów Peroulades, a widok na klifowy przylądek Cape Drastis zapiera wdech w piersiach. To właśnie tu znajduje się jeden z lepszych punktów widokowych ze szklanym balkonem wychodzącym poza wysoki klif.

Stojąc na nim, można odnieść wrażenie, że wisi się nad przepaścią. Nie jest to nic nadzwyczajnego, ale zdecydowanie jest to najbardziej oblegane miejsce, jeśli chodzi o robienie sobie zdjęć. Również, dlatego, że widać z niego piękny zachód słońca. Możemy go również podziwiać, siedząc na tarasie restauracji lub na skalnych schodach nad morzem.

Od barmana dowiedziałam się też, że tutaj nagrywano jeden z odcinków „Podróży kulinarnych Makłowicza”, więc Polacy zwykle są tu mile widziani.

Zapatrzone w horyzont nie zauważyłyśmy, że dzwonił do nas Carl. Po kilku minutach okazało się, że jest w tym samym miejscu, co my. Zabawny zbieg okoliczności, prawda? Napiliśmy się wina i wróciliśmy do miasta, gdzie poszliśmy na kolację do restauracji Memories w Sidari, którą prowadzą znajomi Carla. Bardzo ładne miejsce (podobno bardzo dużo zainwestowano w wystrój) tuż nad plażą z pięknymi widokiem i przepysznym jedzeniem w przystępnej cenie. Miło było poznać właściciela, który jest bardzo życzliwym człowiekiem i dodatkowo poczęstował nas drinkiem. Wybór jest naprawdę duży, ale jeśli chcecie zasmakować smaków wyspy, to polecam m.in. grillowane krewetki, sałatkę grecką, tzatziki, sofrito i stifado.

Najedzeni położyliśmy się na leżaczkach oglądać gwiazdy. Było pięknie. W nocy jest tu cicho i przyjemnie. Trzeba jednak uważać na spacerujących Albańczyków, bo zdarzają się kradzieże, zwłaszcza w nocy. Carl opowiedział nam m.in. o ataku na młodą dziewczynę. W ciągu dnia plaża jest zatłoczona, a woda niezbyt czysta ze względu na sąsiedztwo licznych restauracji. Zdecydowanie lepiej wybrać się na plażowanie do oddalonej o około 2 km pięknej piaszczystej plaży Apotripiti Beach.

Dzień dobiegał końca. Carl zaproponował nam wynajęcie auta na 2 dni i wspólne zwiedzanie. Ze względu na niezbyt dobry transport publiczny wydawało się to najlepszym rozwiązaniem. Nad ranem okazało się, że do naszego wesołego samochodu dołączyła jeszcze włoska nauczycielka z Calabrii. Zapowiadał się, zatem ciekawy dzień.

Za pierwszy cel obraliśmy miasto, Kassiopi, które słynie przede wszystkim z pięknych skalistych plaż oraz pięknych willi. Jeden ze znajomych Carla wynajmuje dom, w którym regularnie bywa m.in. George Cloney. W zasadzie prawie całą trasę pokonujemy wzdłuż pięknego wybrzeża z widokiem na sąsiadującą z Korfu Albanię.

Po drodze mijamy m.in. niewielką, ale bardzo urokliwą plażę Astoriki, która słynie ze spotkań swingersów oraz punkt widokowy w Kalumi, gdzie jest najkrótszy dystans z sąsiadującą Albanią. Nic dziwnego, że na Korfu jest tak wielu emigrantów albańskich. Przepłynięcie od jednego wybrzeża do drugiego nie wydaje się zbyt trudne.

W końcu docieramy do samego Kassiopi, niezwykle malowniczej miejscowości na północnym zachodzie, która zachwyci Was nie tylko widokami, ale również gwarną atmosferą panującą w centrum. W oddali widać popularną górę Pantokrator oraz liczne wzgórza, porośnięte gajami oliwnymi, winnicami oraz plantacjami cytrusów. Najbardziej charakterystycznym lokalnym zabytkiem Kassiopi są, zlokalizowane na wzgórzu, ruiny weneckiego zamku, na które można się wspiąć, by podziwiać panoramę na centrum miasta i okolicę.

Ze względu na usytuowanie, nie znajdziemy tu dużych piaszczystych plaż. Wszystkie plaże są niewielkie i skaliste. Jednak dzięki temu zachowały swój naturalny dziki wygląd. Spadek wody jest szybko zauważalny oraz samo zejście do plaż jest dosyć strome i kamieniste, więc zdecydowanie odradzam plażowanie tu z małymi dziećmi. Docenią to miejsce natomiast fani snorkelingu. Szczególnie warto się wcześniej zaopatrzyć w chleb. To niesamowite jak przyciąga on ryby. W kilka sekund nagle jest się otoczonym setkami różnobarwnych rybek. Radość, jaką wówczas czułam, jest nie do opisania.

Ostatecznie spędziliśmy kilka godzin na plaży Kanoni. Później pojechaliśmy do Dassia i Ipsos, a następnie do Corfu City, czyli Kerkira.

W Ipsos zjedliśmy lunch w restauracji Moby Dick znajdującej się przy plaży. Jedzenie takie sobie, jeśli mam być szczera, ale za to bardzo ładnie podane. Plaża jest długa, ale bardzo wąska. Pełno za to przy niej barów, klubów i dyskotek. Wszędzie słychać bawiące się włoskie nastolatki. Nie polecam wiec tego miejsca na płazowanie, chyba że nie przeszkadza Wam bliskie sąsiedztwo ulicy. Jeśli zaś chcemy tylko popływać, to jak najbardziej jest to dobre miejsce. Wybrzeże jest czyste, a woda niezbyt głęboka. Również Dassia nas szczególnie nie zachwyciła. To raczej typowa turystyczna miejscowość pełna kawiarenek, tawern oraz klubów. Nic specjalnego.

Stolice miast na wyspach zwykle rzadko zachwycają, ale w przypadku Corfu City od każdej osoby słyszałam, że muszę to miasto zobaczyć. Potwierdzam, że rzeczywiście szkoda byłoby być na Korfu i nie zwiedzić jego stolicy, która jest wyjątkowo urokliwa. Znajdują się w niej wspaniałe zabytki, z różnych okresów historycznych, muzea oraz panuje rozrywkowa atmosfera. Stare miasto jest pełne urokliwych wąskich uliczek oraz zabytkowych budynków i kościołów przypominających nieco Wenecję. Nad miastem góruje zamek oraz efektownie oświetlone dwie twierdze.

Stara Forteca Paleo Frourio otoczona fosą posiada m.in. piękną wieżę zegarową, wenecką studnię, latarnię morską oraz kościół Św. Jerzego. Nowa Forteca Neo Frourio znajdująca się pomiędzy dwoma portami, która powstała w okresie panowania weneckiego, oferuje piękną panoramę miasta.

Na najważniejszym placu Spianalanda znajduje się m.in. rotunda Maitlanda oraz pomnik pierwszego prezydenta Grecji Ioannisa Kapodistriasa. Zachwyca również Pałac Świętego Michała i Świętego Jerzego oraz najstarszy na wyspie kościół Panagia Antivouniotissa.

Niedaleko centrum znajduje się również otoczony ogrodami Achillion, czyli dawna rezydencja cesarzowej Sissi z XIX wieku. Tu m.in. kręcono sceny z Jamesem Bondem do filmu ‘Tylko dla Twoich oczu’.

Zanim jednak dotarliśmy do centrum miasta, najpierw pojechaliśmy w okolice Kanoni. Po drodze po prawej stronie mija się m.in. ruiny wczesnochrześcijańskiej bazyliki Palaiopolis z V w. n.e. Tuż obok, wystarczy tylko przejść przez ulicę, znajdują się ruiny łaźni rzymskich, które wybudowano ok.200 r. z fragmentem mozaiki na podłodze.

Ze wzgórza Kanoni jest wspaniały widok na Mysią Wyspę (Pondikonissi) oraz występującego na prawie wszystkich pocztówkach z Korfu biały kościół Panagia Vlacherna. Klasztor Vlacherna został wybudowany w XVII wieku, na niewielkiej skalnej wysepce połączonej z lądem wąską groblą, przy której miejscowi rybacy cumują swoje łodzie. Niewielka wyspa to natomiast wg mitologii statek Odyseusza zamieniony w skałę przez Posejdona. Na wyspie znajduje się kaplica. Można tam dopłynąć łódką z Kanoni.

Warto wybrać się tu o zachodzie słońca nie tylko ze względu mistyczną atmosferę wokół miejsca, ale również, by zobaczyć lądujące samoloty. Ze względu na bliskie sąsiedztwo pasa startowego lotniska można obserwować lecące samoloty na wysokości 5-10 metrów. Najlepiej w tym celu udać się na znajdujący się w pobliżu mostek.

Pieszy spacer do Kanoni z centrum starego miasta Korfu zajmuje około godziny. Alternatywnym sposobem dotarcia do klasztoru Vlacherna jest skorzystanie z autobusów miejskich (1,5  w jedną stronę).

Zanim jednak ruszyliśmy na spacer po starym mieście, postanowiliśmy zjeść kolację w restauracji znajdującej się niedaleko portu u podnóża wzniesienia z zamkiem. Tym razem, zdecydowałam się na mousakę i muszę przyznać, że była przepyszna. Niestety w trakcie jedzenia byliśmy świadkiem pożaru na zamku. Prawdopodobnie przyczyną była sucha trawa wokół fortyfikacji.

Koło 1 w nocy po krótkim nocnym spacerze po starówce wstąpiliśmy jeszcze do znanego klubu nocnego Eden, który znajduje się w miejscowości Dessa. O ile miejsce jest przepiękne, a podest do tańca zlokalizowany tuż nad morzem to atmosfera była średnia. W klubie było pełno pijanych włoskich nastolatków i leciała muzyka house. Posiedziałyśmy raptem godzinę i chciałyśmy wracać do domu.

Nasza droga powrotna przebiegała przez wieś Ano Korakianado i Sokraki częściowo po terenie górzystym. W efekcie, czego pokonaliśmy jedną z bardziej niebezpiecznych dróg tzw. 25 serpentyn, która zawdzięcza swoją nazwę wielu ostrym zakrętom i prowadzi aż na najwyższy szczyt Pantokrator.

Następnego dnia niestety ze względu na fakt, że Carl zaspał, wyjeżdżamy z Acharavii dopiero koło 13 i bezpośrednio udajemy się na plażę, by zapisać się na lot spadochronem holowanym przez motorówkę. Niestety okazuje się, że dnia następnego przewidywany jest sztorm, więc jeśli chcemy polecieć to tylko dzisiaj i w zasadzie teraz, bo później miałyśmy zaplanowaną wycieczkę do uroczej miejscowości na zachodnim wybrzeżu Paleokastritsa.

Chwila refleksji i w końcu podejmujemy męską decyzję. Zjemy szybko jakąś kanapkę na mieście, bo byłyśmy bez śniadania i decydujemy się na lot. Dzięki zniżce Carla zamiast 65€ zapłaciliśmy 55. Nie jest to najtańsza rozrywka, a sam lot trwa zaledwie kilka minut, ale naprawdę warto. Widoki z lotu ptaka są nieziemskie oraz sama możliwość unoszenia się nad wodą dostarcza niesamowitych wrażeń.

Jeszcze tylko musimy zapisać się na przejażdżkę konną po plaży. Jest to jedna z atrakcji na Sidari i znów okazuje się, że właściciel biura podróży Vlaseros Travel jest znajomym Carla. Decydujemy się na ranną przejażdżkę w poniedziałek o godzinie 11, mając nadzieję, że autobus przyjedzie na czas. Godzina jazdy kosztuje zaledwie 8€, więc grzechem byłoby nie skorzystać.

Szczęśliwe, że udało nam się zapisać, wracamy do samochodu i ruszamy w kierunku Paleokastritsa, które m.in. słynie z tego, że również tam były kręcone przygody Jamesa Bonda. Jedna droga pełna zakrętów i niezwykłych widoków na skaliste wybrzeże prowadzi przez całą miejscowość, po czym się kończy. Tu między innymi były kręcone zapierające wdech w piersiach sceny pościgu. W okolicy znajduje się wiele niewielkich plaż. Niektóre są piaszczyste, inne żwirowe lub kamieniste. Sama miejscowość znajduje się na zboczu w postaci dwóch cypli wcinających się w morze. Moim zdaniem to jeden piękniejszych widoków jak widziałam w życiu i na pewno najpiękniejszy na Korfu.

Po drodze do niewielkiej zatoki skąd odpływają łódki do jaskiń, znajduje się nad zatoką bar La Grotta z przepięknym widokiem na krystalicznie czystą lazurową wodę. Port znajduje się przy głównej plaży.

Ze względu na późną porę około godziny 16 udaje nam się wynegocjować rejs do jaskiń i plaży Paradise za jedyne 15€ euro od osoby. Ku naszemu zaskoczeniu w łódce poza nami nie było nikogo, więc w zasadzie czekał nas prywatny rejs wśród klifów z przemiłym kapitanem, który po kolei pokazał nam groty Nausika, San Nicolas oraz klasztor Zoodohos Pighi z XIII wieku.

Następnie popłynęliśmy na otoczoną niezwykłymi klifami malowniczą plażę Paradise, na którą można się dostać tylko drogą morską. Plaża jest niestety kamienista i dosyć mała, ale naprawdę warto spędzić na niej, chociaż 30 minut i nacieszyć oczy widokiem na morze otoczone klifami. Na koniec podpłynęliśmy jeszcze do kilku mniejszych dzikich i bardzo urokliwych plaż.

W drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze do jaskini Blue Eye Cave, która słynie ze szczeliny wodnej, w której woda ma wyjątkowy szafirowy kolor i mimo głębokości przezroczystość na kilka metrów. W efekcie, czego ryby są widoczne z pokładu łódki. Cały rejs razem z plażowaniem trwał 2,5 godziny, ale jest to zdecydowanie jedna z tych rzeczy, które na Korfu po prostu trzeba zrobić. Już dawno nie czułam się tak zrelaksowana i naładowana pozytywną energią.

Samochód musiał zostać odstawiony na godzinę 20. Trzeba było się zbierać. Zdążyłyśmy jeszcze na szybko zjeść sałatkę grecką. Po powrocie wzięłyśmy szybki prysznic i ruszyłyśmy na miasto. Postanowiłyśmy wybrać się do jednej z restauracji w centrum. Ostatecznie trafiło na The Pumphouse (niedaleko głównego postoju taksówek przy rondzie), która okazała się najstarszą restauracją w Acharavi (1978 rok). Polecam tą miejsce ze względu na świetną atmosferę oraz pyszne jedzenie. Obsługa jest przemiła, a kelnerze przezabawni. Co chwilę żartowali i wznosili z nami toasty. W ciągu godziny znałyśmy już całą obsługę, zastępcę szefa kuchni i naczelnych rybaków oraz właściciela. W którymś momencie atmosfera zaczęła być na tyle luźna, że poczułyśmy się jak na jakieś greckiej imprezie.

Największy ubaw mieliśmy wszyscy z ryby dogfish, czyli kolenia pospolitego, a wszystko zaczęło się od szukania w Internecie pochodzenia nazwy tej ryby i chęci jej spróbowania. To niesamowite, co photo shop potrafi. Tak czy inaczej, polecam tę rybę przyrządzoną w stylu Korfu. Ma bardzo ciekawy smak i zwykle jest przygotowywana w formie filetu.

Po 3 godzinach roześmiane od ucha do ucha wyszłyśmy z zamiarem pójścia spać. Rano czekało nas jeszcze pakowanie, a później autobus do Sidari o 9:00.

Na szczęście autobus przyjechał na czas, więc spokojnie zdążyłyśmy dojechać i jeszcze zjeść śniadanie przed przejażdżką. Spod biura odebrał nas i zawiózł do stadniny przemiły chłopak. Początkowo przypuszczałyśmy, że to syn właściciela, bo łudząca go przypominał, ale okazała się kimś z dalszej rodziny. W stadninie czekało na nas 8 koni. Wszystkie zadbane i wyglądające na łagodne.

Wyjątek stanowiły dwa wysokie brązowe konie. Zdecydowanie nie lubiły głaskania. Jak na ironię jeden z nich przypadł mi. Początkowo się tym stresowałam, bo ostatni raz jeździłam konno w wieku 15 lat. Koń od początku wierzgał i denerwował się skubaniem go w tyłek przez innego. Nasz opiekun jednak uspokajał, że to dobry koń i że muszę mu zaufać. Jest najmłodszy i ma duży temperament, ale to dobry koń – próbował mnie uspokoić chłopak. Podświadomie jednak sobie myślałam, że imię Capo nie może być przypadkowe.

Później rzeczywiście było już dobrze i nawet miałam wrażenie, że stanowimy z Capo zgrany zespół. Reagował na wszystkie komendy i trzymał się ładnie szeregu. Parę razy co prawda oddalił się od grupy, ale dzięki temu mogłam trochę pokłusować. Przejażdżka polami a później wzdłuż wybrzeża jest naprawdę świetnym relaksem o poranku, więc polecam to każdemu. Czas szybko mijał i zanim się nie obejrzałyśmy, trzeba było już wracać.

Później miałyśmy jeszcze trochę czasu, by pospacerować po samym mieście, które jest typową turystyczną miejscowością pełną barów, restauracji i sklepów. Autobus miałyśmy dopiero o 15:15, więc postanowiłyśmy zostać na plaży i zjeść mousakę w naszej ulubionej restauracji Memories.

Muszę przyznać, że trochę źle to rozplanowałyśmy czasowo, bo nasz autobus z Acharavi na lotnisko był o 15:45. Istniało zatem duże ryzyko, że na niego nie zdążymy. Obmyśliłyśmy więc plan, że ja zostanę na przystanku, a Karolina w tym czasie pobiegnie po walizki. Niestety nasz genialny plan nie wypalił, bo autobus nie przyjechał. Nie zostało nam zatem nic jak pójść na plażę i wrócić na kolejny o 18:10. Samolot mamy o 21:50 zatem wciąż mamy zapas czasu.

Tym razem postanowiłyśmy być 15 min wcześniej. Minęło 30 minut i nic. Po godzinie zaczęłyśmy się już lekko stresować, bo kolejny możliwy autobus był dopiero o 19:45, a dojazd na lotnisko zajmuje autobusem godzinę. Razem z nami na przystanku stała para Anglików, która była na przystanku dużo przed nami wiec nie możliwe, że autobus mógł nam uciec. W końcu doszliśmy do wniosku, że nie ma co czekać i trzeba wziąć na spółkę taxi za 60€ do podziału.

Udało się. Dojechałyśmy na czas, ale było już na tyle późno, że nie opłacało nam się już nigdzie iść poza lotnisko. Do centrum było 30 minut spacerem a do wybrzeża 20 minut. Postanowiłyśmy więc od razu pójść do odprawy i całe szczęście. Kolejka była na tyle gigantyczna, a kontrola powolna, że w efekcie zostałyśmy z Karoliną wezwane w trybie tzw. last call. 30 minut przed wylotem to raczej dziwne, ale jak zobaczyłyśmy kolejną kolejkę do samolotu, to wszystko wydawało się jasne. Nic dziwnego, że lot był opóźniony. W ten sposób nasz przygoda na Korfu dobiegła końca, a ja nie mogę się już doczekać powrotu.


Jak Wam się podobała moja wycieczka na Korfu? Przekonałam Was, że warto odwiedzić tę wyspę? Proszę, dajcie znać w komentarzach, czy tekst jest przydatny. Zachęcam też do dzielenia się swoimi wspomnieniami. Może macie jakieś wskazówki, którymi chcielibyście podzielić się z innymi.

Renata
Jestem tu

Renata

absolwentka UW i University of Southern Denmark, waleczna księżniczka, alergiczka, jedynaczka walcząca od dziecka z samotnością i kompleksami, marzycielka, niepoprawna optymistka, samotna podróżniczka i organizatorka wypraw grupowych na 4 kontynentach, która kocha latać samolotem od 3 roku życia, mieszkała w Hiszpanii i Danii, aktualnie jest w Londynie
Renata
Jestem tu