ISLANDIA ZIMĄ W 4 DNI – DLACZEGO WARTO?

Islandia to jeden z najciekawszych i najpiękniejszych krajów, jakie zwiedziłam. Wiedziałam, że chce ją ponownie odwiedzić, jeszcze zanim wylądowałam. Dlaczego? Po pierwsze ten 4-dniowy wyjazd był szczególny ze względu na mojego partnera Balę, bez którego nie miałabym tylu wspaniałych wspomnień. Po drugie Islandia (ostatnie miejsce na Ziemi zasiedlone przez człowieka) to mikro kontynent, który zachwyca krajobrazami, odmiennością, kontrastami, przepysznym jedzeniem oraz wyjątkowo życzliwymi ludźmi mimo srogiego klimatu. To wyspa, którą można odwiedzać kilka razy o różnych porach roku i ciągle się zachwycać. O zwiedzaniu Islandii myślałam od dawna. Kiedy pojawiła się sposobność, wiedziałam, że to dobry pomysł. Uroki Islandii postanowiliśmy odkryć zimową porą (8-11 marca), mimo że wszyscy straszyli nas zimnem.

Jak odkryć Islandię zimą w cztery dni i się w niej zakochać? Przeczytajcie ten tekst. Na początku jednak kilka ciekawostek o tym unikatowym państwie, w którym żyje zaledwie 280 tys. osób i cztery razy więcej owiec. Islandia leży na granicy dwóch Oceanów – Arktycznego i Atlantyckiego i jest główną wyspą na południe od koła podbiegunowego. Jej powierzchnie pokrywają w dużej mierze lodowce (11%), wulkany (ponad 130), wodospady (10 tys.) oraz gejzery. Język islandzki to najstarszy używany język w Europie (posługiwali się nim Wikingowie), a największą grupą etniczną po grupach islandzkich stanowią Polacy. Islandczycy cieszą się najdłuższą przewidywaną średnią życia na świecie. Ze względu na tanią energię geotermalną jako jedyna w Europie posiada szklarnie bananów i jako pierwszy kraj na świecie całkowicie postanowiła zrezygnować z paliw kopalnych. Islandia to też chyba jedyny kraj na świecie, który posiada aplikację randkową z funkcją sprawdzania pokrewieństwa rodzinnego. Jednym słowem Islandia jest wyjątkowa pod wieloma względami.

Na lotnisko Keflavík przylecieliśmy z Londynu po południu i już na wstępie zachwyciły nas widoki z okna samolotu. Przez dłuższy czas nie było widać żadnego miasta, tylko ogromną przestrzeń i pustkę. Nic dziwnego, że NASA ćwiczyła przed lotem Apollo właśnie na Islandii, której krajobraz najbardziej przypomina księżycowy.

Cywilizację odczuliśmy dopiero na lotnisku. Po szybkiej kontroli udaliśmy się do punktu z biletami autobusowymi Flybus (widoczny zaraz po wyjściu), gdzie można kupić bilet do dworca autobusowego w Rejkiawiku (1475 ISK/os). Podroż zajmuje około 50 minut. Z dworca w zależności, gdzie mamy hotel do centrum jest około 15-20 min spacerem. My się akurat zatrzymaliśmy w Guesthouse Galtahell (€ 322,35/2 osoby), który mieści się w budynku dawnej ambasady Malty. Bardzo przytulne miejsce z dobrym dojściem do centrum oraz dworca autobusowego.

Byliśmy trochę zmęczeni, więc postanowiliśmy się rozpakować i chwilę odpocząć. Niestety wiązało się to z tym, że nie udało nam się wejść do środka kościoła Hillgrimskirkja. To eden z najbardziej znanych budynków w Reykjaviku (czynny październik – kwiecień do 17:00, maj – wrzesień do 21:00, bilet 1000 ISK). No trudno. Przynajmniej obejrzeliśmy go z zewnątrz. Robi naprawdę wrażenie swoim nietypowym kształtem i wysokością (73 metry).

Po krótkim spacerze między kolorowymi domkami i uroczymi sklepikami z islandzkimi wyrobami poszliśmy na późny obiad do przytulnej restauracji Salka Valka, którą bardzo polecam. Wybór dań jest nieduży, ale potrawy są pyszne, zdrowe i naturalne. Jedzenie na Islandii to jedno z moich większych odkryć. Gdziekolwiek nie poszliśmy, jedzenie zawsze było smaczne i zdrowe.

Niestety zimą dzień jest krotki. Kiedy skończyliśmy jeść, było już ciemno. Zrobiliśmy jeszcze mały spacer w kierunku centrum i wróciliśmy do domu. Następnego dnia mieliśmy jedną z najpopularniejszych wycieczek po Islandii tzw. Golden Circle. To taka kwintesencja wyspy w jeden dzień. Wycieczka trwa 9h, ale w trakcie niej poznamy najsłynniejsze atrakcje na Islandii i odkryjemy jej różne oblicza, począwszy od stepów i wulkanów, a skończywszy na lodowcach i gejzerach. Przy dobrych warunkach można tą wycieczkę zrobić samodzielnie, bo drogi na Islandii są bardzo dobre. My byliśmy zimą i mieliśmy bardzo ograniczony czas, więc dla bezpieczeństwa wykupiliśmy wycieczkę. Firm, które oferują Golden Circle jest cała masa więc można ją zarezerwować nawet dzień przed. Warto jednak zwrócić uwagę na program. Niektóre firmy łączą ją razem z oglądaniem zorzy lub pływaniem w gorących źródłach. Osobiście uważam, że warto poświęcić cały dzień i poznać Islandię bez pośpiechu. My się zdecydowaliśmy na Golden Circle Complete Classic z firmą Extreme Iceland (11 900 ISK/os). W trakcie niej zobaczycie wodospad Gullfoss, obszar geotermalny Geysir, Park Narodowy Thingvellir oraz wulkan Kerd. Dodatkowo jeszcze zatrzymacie się w geotermalnej elektrowni Hellisheidi Power Plant, przy wodospadzie Faxi, farmie z islandzkimi lodami oraz na pastwisku z islandzkimi końmi.

Przez całą trasę podziwiałam surowe piękno tej malowniczej wyspy. Z jednej strony lód i połacie zmrożonego śniegu, a drugiej czarne pola lawy i brązowe wzgórza. Dodatkowo wszechobecna pustka i cisza zmuszały mnie do refleksji. Bala natomiast większość czasu spał lub robił zdjęcia z ukrycia.

Wycieczka miała zacząć się od Hellisheidi Power Plant, ale niestety była zamknięta. Naszym pierwszym przystankiem okazał się wulkan, a raczej jego krater o nazwie Kerið (Kerid), w którym uformowało się jezioro. O tej porze roku jest ono zamarznięte, co dodaje mu urody. Naokoło znajduje się wulkaniczny i srogi krajobraz godny uwiecznienia na zdjęciu. Dużo frajdy sprawia też ślizganie się po tafli wody.

Następnie ruszyliśmy w kierunku 700-letniego dziedzictwa, czyli Skaholt, miejsca, gdzie możemy bliżej poznać życie Islandczyków w ubiegłym wieku.

Naszym kolejnym przystankiem był niewielki wodospad Faxi, który znajduje się tylko 12 km od Gullfoss i gejzerów, a jego nazwa została wybrana na cześć konia islandzkiego. Wodospad znajduje się na rzecze Tungufljot. Zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy do najbardziej znanego na Islandii wodospadu Gullfoss. To jedyne w swoim rodzaju uczucie znajdować się go tak blisko i poczuć wodną mgiełkę na twarzy. Lodowcowa rzeka Hvítá spływa z wysokości 32 metrów w głąb kanionu o długości 2.5 km i głębokości 70 metrów tworząc wodospad.

Do dziś pamiętam, jak stojąc z Balą na tarasie widokowym, próbowaliśmy ogrzewać się jak dwa pingwiny, by zrobić idealne selfie. Mimo wiatru i zimna nie mogliśmy przestać zachwycać się nad tą potęgą natury. I jeszcze ten ogłuszający huk wody.

Kolejną bezprecedensową atrakcją był obszar geotermalny Geysir, który znajduje się trochę dalej w dolinie Haukadalur. Tamtejsze gejzery są aktywne od około 10 000 lat. Wśród nich znajduje się najbardziej znany, Strokkur (poznacie po tłumie gapiów), który wystrzeliwuje, co 5 minut na wysokość 10-15 metrów. Robi to ogromne wrażenie. Warto przystać i obejrzeć ten pokaz kilka razy, nawet jeśli oznacza to rezygnację z przerwy lunchowej. To naprawdę wciąga. Nie można oderwać oczu.

Na koniec wycieczki odwiedziliśmy rodzinną farmę Efstidalur w okolicach jeziora Laugarvatn, która słynie z pysznych domowych lodów. Polecam każdemu, jeśli nie straszna Wam niska temperatura na zewnątrz. Dodatkową atrakcję stanowią islandzkie krowy. Kiedy wszyscy stali w kolejce po lody ja się próbowałam zaprzyjaźnić z pewnym uroczym cielakiem, który prawie zjadł mój szalik.

Ostatnim punktem programu, którego nie można pominąć był spacer po parku narodowym Þingvellir (Thingvellir). Ten niezwykły rezerwat dostarcza nieustannych zachwytów swoim bazaltowym krajobrazem i różnorodnością. W tym też miejscu stykają się dwie płyty tektoniczne – euroazjatycka i północnoamerykańska oraz zebrał się pierwszy islandzki parlament Althing (najstarszy na świecie). Nic dziwnego, że park znajduje się na liście UNESCO.

Po dniu pełnym wrażeń, walki z zimnem i głodem zaraz po powrocie udaliśmy się na kolację do restauracji rybnej Harbor Restaurant Hofnin, która znajduje się w porcie. Bardzo ładne i przytulne miejsce z widokiem na morze. Moim zdaniem jest idealne na romantyczną kolację i świeże owoce morza. My zjedliśmy dwa rodzaje ryb oraz mule (12 000 ISK za 2 osoby).

Na koniec dnia tj. kolo godziny 21 ruszyłam z przewodnikiem (firma Gateway to Iceland, 8,900 ISK) na poszukiwanie zorzy polarnej. Muszę przyznać, że było to jedno z większych wyzwań ze względu na warunki pogodowe. Mimo stroju narciarskiego i kilku warstw ubrań myślałam, że zamarznę. Niestety zorza jest bardzo kapryśnym zjawiskiem i prawie zawsze trzeba na nią poczekać kilka godzin oraz odwiedzić kilka miejsc. Dla tego unikatowego widoku warto się jednak poświęcić. Ja miałam dużego farta, że udało mi się to za pierwszym razem, ale zwykle trzeba próbować kilka razy. Na szczęście większość firm uwzględnia w cenie kilka prób.

Na następny dzień mieliśmy zaplanowaną typową zimową atrakcję Islandii, czyli majestatyczne jaskinie lodowe. Moim zdaniem jest to atrakcja numer jeden na Islandii. Jak już wiecie, na wyspie znajduje się wiele wulkanów i lodowców. My jednak zdecydowaliśmy się na zwiedzanie jaskiń pod wulkanem Katla, który przykrywa lodowiec Mýrdalsjökull . Podobno to tam są najpiękniejsze lodowe jaskinie.

Tym razem wybraliśmy się z firmą Arctic Adventure (29,900 ISK/os). O ile Golden Circle można zrobić samodzielnie wynajętym autem, to ta wycieczka możliwa jest tylko z przewodnikiem, a dojazd do jaskiń jest specjalnie przystosowanym jeepem. Jazda z profesjonalnym kierowcą i śnieżne drifty po lodowcu dostarczają dodatkowych wrażeń. Niestety wycieczka z Reykjaviku zajmuje w sumie 11 h, ale uwierzcie naprawdę warto. Połyskujące różnymi kolorami i pokryte pyłem wulkanicznym ściany lodowcowe to coś tak pięknego, że nie umiem wyrazić tego słowami. By podziwiać tak zjawiskowe krajobrazy, warto jechać nawet dobę.

Dodatkowo zwiedzicie miejscowość Vík z przepięknym wybrzeżem pełnym czarnych wulkanicznych plaż. Zdjęcia nie oddają piękna natury, na jakie będziecie wystawieni. Po prostu dech w piersiach zapiera. To też swego rodzaju mała przygoda, bo będziecie chodzić po jaskiniach w kaskach i rakach. Czasem zaliczycie upadek albo kałużę, ale dobra zabawa jest gwarantowana.

Muszę przyznać, że to, co bardzo doceniłam w wycieczkach islandzkich to przewodnicy, którzy mają niezwykle poczucie humoru i dużą otwartość. Są też bardzo oczytani. Dzięki ich ciekawym anegdotom można lepiej poznać islandzki styl życia. Co ciekawe wg sondaży Islandczycy są jednymi z najbardziej szczęśliwych ludzi na świecie i to się naprawdę czuje w każdej rozmowie i na ulicach.

Myślę, że dobrym zwieńczeniem pobytu jest wybranie się któregoś wieczoru do lokalnego baru. Osobiście polecamy Club Boston i Bar Kaffibarin z muzyką live.

Wcześniej jednak postanowiliśmy wybrać się na stek z wieloryba do restauracji Frakkar. Wiem, co sobie myślicie. Osobiście tez uważam, że jedzenie wielorybów jest obrzydliwe. Islandia i Japonia to jedyne kraje na świecie gdzie ten rodzaj kłusownictwa jest nadal legalny. Wyznaję jednak zasadę, że każdy kraj trzeba poznawać wszystkimi zmysłami. Co do zasady zawsze jem tradycyjne potrawy, nawet jeśli to będzie tylko raz w życiu. Wieloryb na Islandii takim właśnie daniem jest. Islandczycy są wręcz dumni z tego przysmaku, a kelnerka podkreślała kilkakrotnie, że u nich jest serwowany najlepszy gatunek. Jeśli mam być szczera mięso wieloryba mnie nie zachwyciło, mimo że jestem ogromna fanką ryb. Jedząc filet, masz wrażenie, że to mięso czerwone, np. wołowina ze względu na strukturę i kolor, ale smakuje i pachnie jak ryba. Było to jednak ciekawe doświadczenie, którego już raczej nie powtórzę.

W niedziele przed lotem odwiedziliśmy jeszcze o 8:00 rano, położone w obszarze geotermalnym uzdrowisko typu spa BlueLagoon  – miejsce, którego nie można pominąć, będąc na wyspie. Nawet jeśli niektórzy mówią, że jest bardzo komercyjne, nie rezygnujcie. Blue Lagoon jest po prostu piękne i idealne na relaks po kilku dniowym zwiedzaniu wyspy. Pamiętajcie tylko by zrobić rezerwacje minimum miesiąc przed datą przyjazdu, bo bilety schodzą bardzo szybko. Możecie je zakupić online. My wybraliśmy pakiet Comfort wraz z dojazdem na lotnisko za 14,490 ISK/os. Na miejscu otrzymaliśmy szlafrok, ręcznik oraz klapki. W cenie też jest specjalna maseczka algowa. Na terenie kąpieliska znajduje się też przechowalnia walizek  (dodatkowo płatna) oraz restauracja.

Jeśli jeszcze będziecie mieć czas w samym  Reykjaviku  to warto odwiedzić nowoczesne muzeum Perlan, skąd jest panorama na cale miasto oraz market Kolaportio (Tryggvagotu 19).


Mam nadzieję, że udało mi się Wam trochę przybliżyć mroźną Islandię oraz zachęcić do jej odwiedzenia. Mamy zimę więc jest to idealny czas na wycieczkę. Czekam na Wasze komentarze.

Renata
Jestem tu

Renata

absolwentka UW i University of Southern Denmark, waleczna księżniczka, alergiczka, jedynaczka walcząca od dziecka z samotnością i kompleksami, marzycielka, niepoprawna optymistka, samotna podróżniczka i organizatorka wypraw grupowych na 4 kontynentach, która kocha latać samolotem od 3 roku życia, mieszkała w Hiszpanii i Danii, aktualnie jest w Londynie
Renata
Jestem tu